Czasami doba ma więcej niż 24 godziny

Ostatnio się przeprowadziliśmy do nowego mieszkania. Nie mieliśmy Internetu przez pięć dni. I wiecie, co się okazało? Że doba jest jakaś… dłuższa.

Nie, nie pochodzę niestety z rasy Władców Czasu jak Doctor Who, ani nie wynalazłam magicznego sposobu na rozciągnięcie czasu. Ja po prostu nie miałam Internetu.

Okazało się, że komputer bez podłączenia do sieci do narzędzie praktycznie zbędne. Można coś napisać, można obejrzeć film czy posłuchać muzyki (a to i tak, jak mam ściągnięte playlisty na Spotify), poza tym wszystkim – jest po prostu niepotrzebny.

Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, ile czasu marnuję na odświeżanie fejsa czy sprawdzanie maila. Nie ma nic bardziej bezkonstruktywnego niż te czynności. A mimo tej świadomości dalej je wykonuję. I dalej się na siebie wkurwiam, że znowu minął cały dzień, a ja nie odhaczyłam nic z listy rzeczy do zrobienia.

A jednak da się. Kiedy nie masz Internetu, bo czekasz na jego podłączenie w nowym mieszkaniu, a transfer w telefonie poszedł się kochać, to okazuje się, że w kilka godzin możesz zrobić rzeczy, które normalnie zajmują Ci przeciętnie kilka dni. Ba, zrobisz nawet rzeczy, których normalnie nie robisz (czytaj: wyprasowanie połowy zawartości szafy). I kiedy wszystko lśni czystością, obiad jest ugotowany, a pranie suszy się na balkonie – wtedy odkrywasz, że został Ci jeszcze ogrom wolnego czasu. Możesz doczytać książkę zaczętą trzy miesiące temu, pograć w planszówki z lubym, potem wyjść na spacer, a wieczorem mieć czas na obejrzenie dwóch filmów.

To wszystko kosztem odłączenia od świata.

Wirtualnego świata.

I wiecie co? Kiedy ten realny dał mi mocnego kopniaka w tyłek. I popukał mnie w czoło, bo kiedy jest tyle do doświadczenia i tyle do odkrycia, to ja spędzam większość mojego życia w kawałku wyimaginowanej rzeczywistości.

Tylko, do cholery, po co?

Zobacz inne:

6 komentarzy

  1. Niestety sporą część swojego życia spędzamy online, przez co nie zauważamy małych, dobrych rzeczy, które dzieją się wokół nas. Z drugiej strony – ciężko teraz na dłuższą metę żyć bez internetu…

    Może warto robić sobie raz na jakiś czas taki kilkudniowy odpoczynek od świata wirtualnego…?

  2. Ja odnajduję czas gdy „porzucam” cywilizację. Czasami ze znajomym mam taki odchył od normy i znikamy w lesie na kilka dni. Odłączamy się od sieci. Pakujemy plecaki, karimata, śpiwór, woda coś do jedzenia. Wyznaczamy trasę na około 60 km i w jej trakcie ładujemy wewnętrzne akumulatory. ;)

  3. Powiem Tobie tak – wyjedź sobie na dwa tygodnie pod namiot. Np. na Mazury. Laptop i tablet niech mają urlop w szufladzie w domu, a telefon zmień na jakąś nokię z klawiaturką. Ja mam drugi tydzień z przyczepą campingową i dopiero teraz (dojechaliśmy do Rumuni) mam głowę do odpalenia wi-fi w kanapie :D
    Wcale nie jest mi żal tego, że tak mało. To jest świetne!

  4. O tak! Dziś rano też nie miałam internetu. W dwie godziny posprzątałam dom, czytałam książkę, na którą nigdy nie mam czasu i mimo, że nie sprawdziłam fejsa, to nie czułam się jakoś bardzo źle. Miałam zajęcie, nawet bardzo fajne i te kilka godzin minęły faktycznie jak godziny, a nie jak 5 minut. Ciężko samemu zrobić sobie taki detoks, ale ja chyba będę próbować ;)

  5. Też jakiś czas temu dokonałam tego „wielkiego odkrycia”, że bez Internetu nagle przybywa godzin w mojej dobie. I nawet przez jakiś czas starałam się odciąć od komputera czy telefonu, ale po jakimś czasie i tak wszystko wróciło do normy. Siła wyższa i kwestia przyzwyczajenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *