Wiosna umarła

Wiosna, wiosna – wszystko budzi się do życia, ptaszki ćwierkają, słoneczko świeci, a ja siedzę z ogromem energii. Gówno prawda. Dla mnie wiosna umarła (chwilowo, mam nadzieję). Nie cierpię na przypływy gorszego humoru w listopadzie, styczniu, czy marcu. Cierpię na nie, cholera jasna, zawsze w okolicach połowy maja. Zawsze, co roku. Jestem po prostu chodzącym trupem – nic mi się nie chce, na nic nie mam ochoty, mogłabym tylko leżeć do końca życia. Pojęcia nie mam, skąd mi się to bierze, ale jest maksymalnie denerwujące. Jest tyle rzeczy do zrobienia, praca, uczelnia, zaraz chwilowy wyjazd do domu – po prostu nawał pracy, a ja akurat teraz nie wiem, w co ręce włożyć, bo nie mam na to sił i wszystko co robię, jest bez sensu? (W pewnym momencie przeszła mi nawet myśl o pożegnaniu bloga, o zgrozo!).

Momentami mam ochotę rzucić wszystko w cholerę, wyjechać stąd i mieć wszystko gdzieś. Ha, każdy by tak chciał. A pieniążki rosłyby na drzewach. Ale naprawdę chwilami wysiadam. Mimo tego, że są kierunki studiów cięższe od mojego – i tak nie jest łatwo, bo to mocno skupiony na jednej dziedzinie temat. Praca? Super, że się znalazła, mam nadzieję, że zostanę. Jednak, jak całe życie ta moja majowa „depresja” w niczym mi nie przeszkadzała, tak teraz jest ciężko. W liceum – połowa maja to kawałek do końca roku, a ja byłam z osób, które zawsze miały wszystko pozaliczane w czasie. Rok temu – szkoła policealna, tam nawet nie było czegoś takiego, jak sesja. A teraz? No właśnie – miesiąc na egzaminów, a ja jestem w czarnej dziurze, pojęcia nie mam, za co się zabrać najpierw, żeby chociaż z grubsza to ogarnąć. W międzyczasie kilka skoków do domu – w przyszłym tygodniu wizyta u ortodonty (trololo), pod koniec maja na święcenia mojego kuzyna. Po prostu nie wiem, skąd wziąć na to wszystko siły i czas.

Tak bardzo marzą mi się już wakacje, takie prawdziwie wolne – bez stresu, myślenia, co jeszcze zrobić. Takie wyjazdowe – chciałabym w końcu spełnić marzenie i pojechać do Grecji. I na weekend do Paryża (na wycieczce już byłam, czas na samodzielną podróż, żeby móc wieczorem pospacerować nad Sekwaną). I do Los Angeles. I do Norwegii. I na Islandię. W ogóle to chciałabym nawet po prostu wsiąść w pociąg/autobus i pojechać. Gdzieś, gdziekolwiek, przed siebie. Nie umiem siedzieć tyle czasu w jednym miejscu, wysiadam.

Idę szukać po mieszkaniu jakiejkolwiek inspiracji do działania. Bo muszę zakasać rękawy i nie dać się przez najbliższy miesiąc. Potem – kto wie, może spadnie mi gwiazdka z nieba :)

Zobacz inne:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *