Szczęście niejedno ma imię

Ja wiem, że ten tytuł brzmi do porzygu kołczingowo, ale przepraszam, nic tym razem na to nie poradzę. Cholera, tak jest i już.

Zauważyłam, że ludzie zazwyczaj opisują szczęście w kategoriach dość przyziemnych. Dobra praca, duży dom pod miastem, ewentualnie zdrowie i rodzina. Szczęście kojarzone jest z konkretnymi celami do osiągnięcia, z rywalizacją o lepsze jutro, z momentami, których usilnie próbujemy dosięgnąć.

A wiecie co?

Szczęście, cholera, to powinna być ta droga do celów, lepszego jutra i dobrych chwil w życiu.

My ciągle gonimy, biegniemy, ślepo patrzymy na to, co będzie – zamiast skupić się na tym, że żyjemy teraz, tutaj, w danej chwili. Ciągle nam mało, ciągle nam czegoś brakuje, ciągle chcemy więcej.

I dopiero w najgorszych momentach uświadamiamy sobie, jak dużo mamy.

 

W ostatnich miesiącach życie tak skopało mi tyłek, że ciągle mam na nim siniaki. Mówię Wam, niektóre normalnie wielkości dorodnej śliwki. I choć momentami przez te siniaki nie mogłam usiąść, choć łez wylałam chyba kilka wiader, choć pozmieniały się moje wszystkie priorytety – próbuję się nie poddać. Jasne, są dni, kiedy mogłabym leżeć bezczynnie, gapiąc się tępo w sufit i dając sobie samej order z ziemniaka za umycie zębów, ale wiem, że pozwalając sobie na jeden taki dzień zaraz za nim przyjdzie kolejny i jeszcze jeden. I znowu wpadnę w marazm absolutny, który mi tylko szkodzi.

Dlatego staram się zauważać choćby najbardziej drobne pozytywne rzeczy. Przy ilości złego, jakie mnie ostatnio spotyka, okazuje się nagle, że błahe problemy dnia codziennego są tak nieistotne, tak łatwe do pokonania, tak prosto nad nimi przejść – wystarczy po prostu wyżej podnieść nogę. Nie twierdzę, że jest dobrze, ba, jest ledwie umiarkowanie, ale dzięki dostrzeganiu takich małych pierdół, które poprawiają nastrój, jakoś łatwiej wyjść na prostą.

Idąc do pracy o 7:30 zachwycam się tym, jak pięknie wyglądają dachy kamienic skąpane we wschodzącym słońcu.

Zakochuję się w zapachu świeżo pieczonego (własnoręcznie!) ciasta.

Doceniam, o ile lepiej smakuje owocowa herbata po całym dniu zapieprzania.

Czuję satysfakcję, kiedy piszę, kiedy wymyślam, kiedy marzę.

I sama droga ku obranym celom sprawia mi szczęście.

Wiecie, dlaczego?

Bo ją zaczęłam. Bo postawiłam pierwszy, najcięższy do wykonania krok.


Sylwia Koladyńska

  • Gustavo Woltmann

    Dla mnie szczęście to spokój i zadowolenie. Ale jestem typem osoby, którą ciężko przybić i zdołować. Nie mam zbyt wielkich problemów, mam wokół siebie ludzi, których kocham, jakoś sobie radzimy, czym się martwić?

  • Natalia_21

    Szczęście rozumiemy je indywidualnie, zależnie od nas samych… świetny wpis

  • A mnie się wydaje, że to właśnie, takie myślenie, przychodzi z czasem i tymi trudnościami, przez które przychodzi nam przejść. Że gdy zostaniemy przez życie skopani, podnosimy się i zauważamy to dobro, które nas otacza, czerpiemy z tego garściami, zachwycamy się drobnymi rzeczami. W dzieciństwie byłam mocno rozpieszczona, myślałam, że wszystko mi się należy ot tak. Później dość szybko musiałam dojrzeć, dorosnąć, przeżyłam mnóstwo nieprzyjemnych rzeczy i dopiero wtedy zaczęłam cieszyć się drobnostkami. I czuję się osobą szczęśliwą, mimo, że życie nie jest kolorowe, ale uważam, że to właśnie sztuka radowania się drobiazgami czyni z nas ludzi szczęśliwych. Bez tego byłoby trudno – wciąż czegoś byłoby za mało.

    • Dokładnie tak :) W ogóle odczuwanie szczęścia to trudna sztuka, której trzeba się nauczyć – ogromnie zazdroszczę osobom, które potrafią to ot tak, na co dzień :)

  • Na pewnym poziomie doskonale rozumiem, co masz na myśli.

    Świat, te jego małe elementy są piękny, tylko my zauważamy to z opóźnieniem.

    3maj się mocno,
    M.

    • Szkoda, że to opóźnienie jest obecne w naszym życiu, bo umiejąc dostrzegać te małe elementy bez niego ludzkość miałaby o wiele prościej.

  • Dla mnie szczęście jest stanem. Nie znajduję szczęścia w drodze ku swoim celom, bo ta droga jest jedynie pewnym rezultatem tego, że jestem szczęśliwy. U mnie szczęście polega na automatycznym odwracaniu wszystko dobrą stroną ku górze (pamiętasz, dyskutowaliśmy o tym na TT i stwierdziłaś, że unikam zła – jest okazja, abym lepiej to wyjaśnił ;) ), poświęcaniu temu złu i nieprzyjemnym rzeczom możliwe mało uwagi i energii (tylko tyle ile jest potrzebne do ich rozwiązania), a także unikaniu ludzi, którzy mnie pozbawiają szczęścia, są „wampirami energetycznymi”.

    Swój stan, to uczucie szczęścia czerpię z właśnie tego o czym piszesz – z podziwiania świata, kontemplowania architektury, z rozmawiania z interesującymi ludźmi, a także z samotności, z dystansowania się od prozy codziennego życia, czy literatury. Chłonę dobro zewsząd, gdzie jestem i też do dobro oddaję światu w postaci uśmiechu, dobrego słowa, odrobiny uwagi wobec drugiego człowieka, czy zwykłej, wewnętrznej energii, która w taki czy inny sposób emanuje.

    Brzmi to dziwnie jak to piszę i jak sobie czytam, to co piszę, ale najlepiej oddaje fakt, to co czuję. :) Fajnie, że wreszcie coś napisałaś i to z grubej rury. :*

    • Ależ ja Ci zazdroszczę tej umiejętności, serio! Ja dopiero się jej uczę, nie jest łatwo – ale z dnia na dzień dostrzegam coraz więcej drobinek szczęścia, które (mam nadzieję) w końcu złożą się w jedną dużą całość :)

    • Zgadzam się z tym, co napisałeś.

      „Złu”, jakkolwiek mrocznie to zabrzmi, nie należy poświęcać zbyt dużo uwagi. Jasne, zdarza się ‚zło’, które nas przygniecie i pozbawi tchu. Wtedy trzeba z nim zawalczyć i je pokonać.

      Natomiast wszystkie te codzienne pierdoły, które w jakiś sposób nas demotywują należy rozwiązać (jeśli się da) i iść dalej. Zapomnieć i zachwycić się smakiem karmelowego latte w kawiarni :)