Revlon Colorstay dla skóry suchej i normalnej, czyli miłość od pierwszego użycia

revlon colorstay

Sprawa ma się tak, że długo szukałam podkładu, który by się u mnie naprawdę sprawdził. Cholernie długo. I tak samo długo wzbraniałam się przed kupnem Revlona – nie końca przekonywało mnie to, że albo się go kocha, albo nienawidzi. Nawet nie wiecie, jak dumna z siebie jestem, że w końcu się odważyłam!

Zacznę od tego, że podkład to dla mnie kosmetyk najważniejszy. Całkowicie. Fajnie, kiedy inne kosmetyki są dobre, ale nie jest to tak obowiązkowym wymogiem jak w przypadku podkładu. Musi spełniać przynajmniej większość moich oczekiwać (a jest ich sporo!) i podkłady, które zdążyłam wypróbować w swoim życiu, raczej tego nie robiły. Warto dodać, że podkładu używam jakoś od trzeciej gimnazjum – po prostu od zawsze miałam mocno problematyczną cerę i wstydziłam się tak wychodzić z domu, więc jakoś to trzeba było rozwiązać.

Posiadaczki „normalnej” cery mogą przeczytać ten wpis jako ciekawostkę. Dedykowany jest kobietom, które – tak jak ja – mają skórę kapryśną jak ostatnia cholera. Mam książkową cerę mieszaną: mocno rozszerzone pory, przetłuszczająca się strefa T, ale za to wręcz wysuszone policzki. Już pielęgnacja jest nie lada wyzwaniem, a co dopiero znalezienie podkładu, który musi:

– dobrze kryć, ale nie tworzyć maski;

– ładnie zakrywać rozszerzone pory, ale ich nie zatykać;

– z jednej strony matowić, a z drugiej nie podkreślać suchych skórek;

– trzymać się na twarzy chociaż te 5 godzin.

Serio, nie mam najmniejszego pojęcia, ile podkładów w życiu wypróbowałam. Od najtańszych, typu AA, Lirene czy Soraya, na wysokiej półce kończąc (jak np. Lancôme, o którym możecie poczytać tutaj). Często zdarzało się tak, że przez pierwszy tydzień użytkowania już cieszyłam się, że w końcu udało mi się znaleźć kosmetyk idealny, a potem okazywało się, że wcale nie (trololo) i wszystko zaczynało się od nowa. Do Revlon Colorstay musiałam przekonać się psychicznie – z jednej strony ma mnóstwo pozytywnych recenzji, a z drugiej ogrom opisów tego, jak zapchał pory i zniszczył cerę. W końcu jednak stwierdziłam, że skoro ma tyle zwolenniczek, to raz kozie śmierć – nie umrę. Rzecz jasna, najpierw odwiedziłam Douglasa, w celu dobrania koloru i wzięcia próbki – po tych dwóch czy trzech użyciach byłam na tyle zadowolona, że odważyłam się kupić pełnowymiarową wersję.

To była najlepsza decyzja ever w moim życiu! Jestem właśnie na wykończeniu pierwszej buteleczki, druga już stoi w zapasie (zaraz po świętach w Douglasie była promocja, na której złapałam go za 39zł – żal było nie wziąć). Tutaj rzecz warta zaznaczenia, za co całym sercem dziękuję sprzedawczyni, która mi wtedy doradziła: koniec z produktami matującymi! Katując skórę takimi specyfikami same wpędzamy się w błędne koło: broniąc się przed wysuszeniem produkuje jeszcze więcej sebum, przez co jeszcze bardziej się świecimy, a my tym bardziej próbujemy ją uspokoić. Pani zdecydowanie doradziła mi wziąć wersję dla cery suchej i normalnej. Brzmiała naprawdę profesjonalnie i było widać, że zna się na rzeczy, a poza tym to, co powiedziała, wydawało się w sumie całkiem logiczne.

I miała całkowitą rację. Odkąd używam tego podkładu praktycznie pożegnałam się z problemem spływania kosmetyku po godzinie, totalnego świecenia się mimo pudru, a do tego nie mam już suchych skórek (ba, moje policzki zrobiły się całkowicie gładkie). Naprawdę nieźle kryje, ale nie tworzy maski, zmniejsza widoczność porów, co dla mnie jest jednym z głównych wyznaczników, faktycznie nawilża cerę. W zasadzie, przez te kilka miesięcy jego używania praktycznie pożegnałam się z niespodziankami na twarzy, a moja skóra jest po prostu gładka. Jeśli chodzi o pielęgnację, to używam serii Ziai z liśćmi manuka (o której będzie osobny post) i krem z tej linii idealnie zgrywa się z Revlonem. Z kosmetycznej strony, podkład ten ma dla mnie same plusy.

Z technicznej: rzecz wszystkim dobrze znana, czyli brak pompki. Na początku mega niewygodne, ale po pewnym czasie idzie się przyzwyczaić. Podejrzewam, że wykończenie go w 100% będzie udręką, no ale coś za coś ;) Trzymam się tego, że za granicą już pojawił się w wersji z pompką – czekam na przybycie do Polski (jednocześnie mając nadzieję, że nie zmienią nic w składzie).

Podsumowując: jeśli szukacie podkładu do zadań specjalnych i macie tak samo specyficzną cerę – polecam wypróbowanie z całego serca. Być może zakochacie się tak mocno, jak ja :)

Zobacz inne:

5 komentarzy

  1. Revlon to moje złotko, moja perełka, moje prywatne cudo. Żaden podkład nie trzyma się na mojej twarzy tyle co Colorstay. Zaczęłam się tylko zastanawiać, czy moja cera przez to nie cierpi czasem… Hmm, muszę przyuważyć i najwyżej będę płakać, że potrzebna zmiana. Cóż, kocham.

  2. Czytam i czytam o tym podkładzie i chyba w końcu się skuszę. Mam cerę suchą. Wraz z przyjściem pierwszych chłodów staje się sucha jak diabli – każdy podkład podkreśla mi suche ‚placki’ na policzkach i czole – może Revlon faktycznie coś zdziała. Skoro mówisz, że nawilża… ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *