Pora na antrakt

– Ja już kurwa nie mogę! – Kiedy po odebraniu telefonu usłyszałam od razu te słowa, wiedziałam, że to nie jest temat, który można obgadać w pięć minut. To temat, nad którym trzeba posiedzieć z butelką wina i dobrym ramieniem do ewentualnego wypłakania.

– Mam dzisiaj wolny wieczór, chcesz wpaść?

– Jeszcze pytasz? Będę za pół godziny.

Szybko skoczyłam do sklepu po białe wino. A w sumie dwa. Wiedziałam, że jedna butelka może tutaj nie wystarczyć.

Kiedy otworzyłam A. drzwi nie potrafiłam po wyrazie jej twarzy stwierdzić, czy jest zła, czy rozgoryczona. Chyba jedno i drugie. Usiadłyśmy na balkonie, bo był akurat ciepły, wiosenny wieczór. Wyciągnęła papierosa, zapaliła go i wolno wciągnęła dym do płuc.

– Sorry. Wiesz, że na co dzień nie palę, ale dzisiaj to już kurwa nie mogę wytrzymać. Chcesz? – wyciągnęła w moim kierunku paczkę.

A, co mi tam. Od jednego papierosa nie umrę. Zapaliłam.

Czekałam, aż sama zacznie mówić. Doskonale wiem, że w takich momentach ciężko zebrać myśli chociaż na kilka sekund – zamiast poskładanej, równej kostki przypominają raczej chaotyczne rondo w jakimś indyjskim mieście.

– Bo wiesz… – odezwała się w końcu – Ja mam wrażenie, że życie mi ucieka przez palce. Tylko ja nie wiem gdzie i kiedy, a tym bardziej nie mam pojęcia, jak to zmienić. Z jednej strony się wkurwiam, a z drugiej wiem, że każda zmiana jest tutaj dużą zmianą i ja… Ja chyba się boję. To bardzo głupie?

– Strach nigdy nie jest głupi, bo jest reakcją naturalną. Ale skoro sama przyznajesz się do tego, że coś jest nie tak, to świadomie robisz sobie krzywdę tkwiąc w takim bagnie. A powiesz chociaż, o co dokładnie chodzi?

– A o co może chodzić? Czy u mnie kiedykolwiek pojawiają się jakieś większe problemy i wkurwienia, niż TEN jeden temat?

– No dobra, nie pojawiają. Ale wolałam zapytać. Co tym razem?

– O to właśnie chodzi, że nic. Żyjemy sobie te kilka lat razem, niby jest dobrze, niby jest spoko, ale coś mi nie pasuje.

– Coś?

– No… Cholera, nie wiem, jak Ci to wytłumaczyć.

– Mamy całą noc, dasz radę – zachęciłam ją. I dolałam wina, po bo winie człowiekowi zawsze lżej.

Wypiła naraz cały kieliszek. To będzie ciężki wieczór.

– To ja Ci opowiem wszystko, bo potem się pogubię.

– Jasne.

– No to, od czego by tu zacząć… Ogółem mogło by się wydawać, że wszystko jest w porządku. Wiesz – oglądamy codziennie jakiś film, często tak o siedzimy razem i gadamy o bzdurach i tak dalej. I niby jest mi z nim dobrze, ale coraz bardziej się czuję, jak… z kolegą? Kurwa, nie wiem, jak to wytłumaczyć.

– Lubisz z nim spędzać czas, przyzwyczaiłaś się, że zawsze jest obok, ale w gruncie rzeczy nie pociąga Cię jako facet?

– Tak! Dokładnie tak! Nie potrafiłam, cholera, nijak tego nazwać.

– To nie chcę Ci nic mówić, ale uciekaj czym prędzej. Jak własny facet Cię nie pociąga to już krok do zrobienia jakiejś głupoty, a po tylu latach szkoda jednak byłoby się rozstawać w gniewie i nieprzyjemnościach.

– Od razu rozstawać?

– Jedno pytanie: kiedy ostatnio uprawialiście seks?

– Eeee, z 1,5 miesiąca temu?

– I Ty się pytasz, dlaczego „od razu rozstawać?”

– Kurwa, chyba masz rację.

– No kurwa, mam. Mam bardzo. Przyzwyczajenie do drugiego człowieka może być zgubne – niby jest dobrze, niby jest w porządku, ale najpierw zaczynają irytować Cię drobne rzeczy, jak skarpetki na środku pokoju albo brudne szklanki, potem zaczynacie gubić umiejętność rozmawiania o poważnych rzeczach i problemach, a jeszcze później nie potraficie pogadać o pogodzie. Bo nie nadajecie na tych samych falach, tyle.

– Ale… Kurwa, jesteśmy tyle lat razem, jeszcze wspólnie wynajmujemy mieszkanie. I co, mam teraz tak rzucić życie w cholerę i obrócić je o 180 stopni?

– A czujesz się szczęśliwa? Czujesz się spełniona?

– Nie potrafię stwierdzić, serio.

– Inaczej: czujesz chociażby lekką smycz? Coś, co trzyma Cię przed rozwojem, przed zabawą, przed czymkolwiek?

– Chyba tak. Nie do końca i nie wprost, ale są momenty, kiedy coś bym zrobiła, ale nie wiem, czy znajdę aprobatę.

– No i odpowiedziałaś sobie na własne pytanie. Wiem, jaką rolę odgrywa tutaj przywiązanie, jaką przyzwyczajenie, jaką strach przed wyjściem z tej komfortowej strefy. Ale pora na przerwę w takim życiu. Pora na antrakt między spokojnymi aktami przedstawienia.

– Cholera, może i masz rację…

Miałam. A. koniec końców odważyła się na ten krok. Musiała sobie uświadomić, że życie z drugim człowiekiem nie powinno opierać się na przyzwyczajeniu, ale na szaleńczej miłości, na wierze, że druga osoba będzie z nami mimo wszystko. Tam nie ma miejsca na wątpliwości, na brak cielesnego zainteresowania, na strach przed jutrem. Kiedy podczas przedstawienia „Życie” zaczyna nas uwierać krzesło, bo wyszły z niego sprężyny – należy wtedy wziąć poły sukni w ręce i wyjść. Tak po prostu.

Zobacz inne:

3 komentarze

  1. A ja wcale się z tym nie zgadzam. Czasem w związku trzeba przejść przez różne etapy. Gdy moja ciąża była zagrożona i długo po porodzie i przy karmieniu piersią nie mogłam się przełamać do powrotu do łóżka mąż zaczekał – dłużej niż 1,5 miesiąca. Ja wiedziałam, że zaczeka, a on wiedział, że powrót będzie….. wart czekania. Czasem w związku po prostu przychodzi czas na inne priorytety. Uważam, że ludzie dziś zbyt łatwo odpuszczają sobie związek, bo coś nie gra. Zamiast zawalczyć o to, by zmienić coś w tym związku na lepsze. Efektem jest powielanie tych samych schematów/błędów w kolejnych związkach. Życzę wytrwałości i siły do poszukiwania nowych doświadczeń z tym samym partnerem przez całe życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *