Dziecko to nie zwierzę

dziecko to nie zwierzę

Nie da się go wytresować, nie będzie biegał za Tobą na smyczy ani nie będzie merdał ogonem z wdzięcznością za to, że ma dach nad głową i jedzenie. Przykro mi, ale dziecko to nie zwierzę.

Odnoszę wrażenie, że mimo XXI wieku ogromna część ludzi nadal ma takie przeświadczenie. Że dziecko to takie zwierzątko, które jest fajne, dopóki mają ochotę się nim zajmować. Jak denerwuje, to można zamknąć je w piwnicy, a jak się znudzi, to oddać innym, żeby się męczyli. Przykro mi, ale to tak nie działa.

Umiem zrozumieć naprawdę wiele ludzi i wiele poglądów, ale za nijaką cholerę nie zrozumiem traktowania dziecka jako własności. Ma się słuchać i koniec. Przecież są jego rodzicami, więc dziecko ma obowiązek się słuchać za każdym jednym razem, wykonywać każde jedno polecenie, w żadnym razie się nie sprzeciwiać i nie dyskutować. Potulnie mieć taki sam światopogląd, jak mają rodzice, nie wypowiadać się na „sprawy dorosłych”, bo i tak się przecież nie zna, a do tego wszystkiego najlepiej całować rodziców po rękach, że dają mu taki luksus, jak dach nad głową i trzy posiłki dziennie. No kurwa.

Kiedy ludzie w Polsce uświadomią sobie, że dziecko to taki sam człowiek jak oni, tylko w wersji miniaturowej? Nawet, jeśli jest starsze. To cały czas krew z Twojej krwi i geny z Twoich genów, więc jak możesz traktować je tak przedmiotowo? Ile razy spotkałam się nawet w sklepie czy na ulicy z sytuacją, w której matka ciągnie dziecko siłą, drąc się na pół ulicy: „Masz robić to, co ci każę!”. A co, jeśli Ci powiem, że nie musi? Że nie ma obowiązku ślepo podążać za tym, co mu mówisz? Wyobrażasz sobie, jakbyś się czuł, kiedy ktoś całe życie narzucał Ci swoje zdanie? I uważał, że może zrobić z Tobą wszystko, bo zapewnia Ci wikt i opierunek? No właśnie, czułbyś się przynajmniej chujowo.

Jasne, nawet w konstytucji jest zapisane, że dziecko ma odnosić się do rodziców z szacunkiem. Ale jak ma to robić, kiedy tego szacunku nikt go nie uczy? To właśnie jego opiekunowie mają obowiązek uświadomić mu, co jest dobre, a co złe. Jednak bardzo dużo osób nadal uważa, że jeśli dali dziecku życie, to należy ono do nich. A ogromna część z nich, aby to pokazać, stosuje przemoc. W różnej postaci. Wiem, że to jeszcze relikt z poprzedniej epoki, ale do cholery, jak można?! Jak można skrzywdzić tego małego człowieka, który jest Waszym odzwierciedleniem? Który bezgranicznie Wam ufa? Który chłonie wszystkie rzeczy, wokół których się wychowuje?

Jakim cudem ludzie wychodzą z założenia, że do ich życia i stosunków z własnym dzieckiem nikt nie ma prawa wstępu? Że mogą robić z nim absolutnie wszystko, co chcą? Ile razy słyszeliście od kogoś: „Nie wtrącaj się, to nie Twoja sprawa”? Dlaczego uważają, że mają prawo uderzyć dziecko, które nie jest im posłuszne? Dlaczego są na tyle głupi, że nie pomyślą o tym, iż może to zostawić trwałe problemy, które w przyszłości będą wymagały terapii i pomocy specjalisty? Dlaczego maltretują swoje dzieci psychicznie, wmawiając im, że są nic nie warte, nie potrafią nic dobrze zrobić i w zasadzie to chętnie by je oddali, żeby się nie męczyć? Kurwa, jak tak można? Nikt, absolutnie nikt nie daje rodzicom pozwolenia na jakąkolwiek przemoc.

Rodzic ma być od tego, aby pokazać dziecku, co jest dobre, a co lepiej omijać. Ma okazywać mu szacunek, bo mały człowiek to też człowiek. Ma w niego wierzyć, motywować go do działania, pomagać mu zmagać się z przeciwnościami losu i odkrywać zagadki życia. A przede wszystkim ma go bezwarunkowo kochać. To największa siła, jaka kiedykolwiek istniała.

Zobacz inne:

13 komentarzy

  1. Jest różnica pomiędzy maltretowaniem dziecka a daniem mu klapsa. Moim zdaniem mocno przesadzona teza, że klaps skończy się dla dziecka traumą w przyszłości i wyląduje na terapii. Przemoc, maltretowanie i znęcanie się z pewnością pozostawi trwałe ślady na psychice, ale szczerze mówiąc klaps raczej nie wywoła czegoś takiego. Dostałam kilka razy w dzieciństwie klapsa, teraz mam 20 lat, jestem szczęśliwym człowiekiem i kocham swoich rodziców. No i przypominając sobie tamte sytuacje: po pierwsze, dostałam klapsa wtedy całkowicie zasłużenie (chodzenie po rurze nad rzeką nie było zbyt dobrym pomysłem), a po drugie po tym jak dostałam klapsa nawet nie myślałam, żeby zrobić tę głupotę kolejny raz! Myślę, że bardzo mocno w swoim tekście przesadzasz i generalizujesz. Kilkuletnie dziecko nie potrafi ocenić sytuacji, ale od tego ma rodziców, żeby czasem – nawet wbrew woli dziecka – zrobiło coś, co uchroni dziecko. Jasne, dziecko to człowiek, ale to NIE JEST taki sam człowiek jak dorosły. Ciągle jest dzieckiem, które jest zależne od rodziców, które dopiero się uczy. Piszesz o matkach, które na ulicy czy w supermarkecie drą się na dziecko, a co z dziećmi, które kładą się na podłodze w sklepie i płaczą, drą się, wierzgają, ale bynajmniej nie dlatego, że rodzic je uderzył – a dlatego, że rodzic nie chciał kupić kolejnej zabawki! Jasne, można wtedy powiedzieć dziecku trzyletniemu: „Chłopcze, jesteś człowiekiem, zacznij zachowywać się odpowiedzialnie i zrozum moją postawę! W końcu jesteśmy ludźmi, musisz to zrozumieć!”, no ale czy to zadziała? Poza tym wychowanie dziecka to cały kontekst, nie można od razu mówić, że kobieta jest złą matką, bo raz dała swojemu dziecku klapsa. Poza tym, uważam, że dziecko mimo wszystko jest czymś w rodzaju własności rodziców – to oni są z nim całe dnie, wychowują je, karmią, wydają na nie pieniądze, siedzą całe noce przy łóżku, gdy jest chore, chodzą na spacery, zaprowadzają do przedszkola, bawią się, rozmawiają i uczą. Nie mogą zostawić je same sobie, nie zostawią kilkulatka na placu zabaw z nadzieją, że jest na tyle odpowiedzialny, że będzie wiedział, że nie można jeść piasku. Dziecko jest zależne od rodziców, a rodzice są zależni od dziecka. Bo skoro dziecko nie „należy” do rodziców to niby do kogo należy? Do Państwa? Sąsiadki z bloku? Pani z warzywniaka? A może do nikogo? Skoro jest niczyje to proponuję, żeby kilkumiesięczne dziecko same sobie „poszło” na spacer.

    1. Dałbym strzałke na plus jakbym mógł. Dzieci państwa, dzieci wszystkich = dzieci niczyje, jak coś jest niczyje to się najczęściej tego nie szanuje, nie dba o to, a jeśli już to jakieś służby to robią ale i tak po najmniejszej lini oporu.
      Wszystko sprowadza się tylko do jednego tutaj – do umiaru, zamiast popadania w skrajności że klaps niemal że na równi z morderstwem jest, albo w drugą stronę.

      1. Dokładnie, poza tym to rodzice powinni decydować o dziecku i o tym jak chcą go wychowywać, bo to oni najlepiej znają swoje dziecko, przebywają z nim cały czas, obserwują, a nie urzędnik, który dziecka na oczy nie widział, ale chce o nim decydować.

  2. Dziecko rodzi się dla świata, nie dla siebie, to tak podsumowując tekst.
    Natomiast co do „ciągnięcia dzieci”. Wybacz, ale jesli mówie, że teraz idziemy do domu, bo na palcu zabaw jesteśmy już 3 godziny, to idziemy do domu. Nie będe jaśnie królewicza o zdanie pytać, czy możemy już wracać. Staram się z dziecmi iść na jakiś kompromis, dogadać się, ale skoro oni i tak próbuja postawić na swoim, mimo wczesniejszych ustaleń, to trudno, za reke i ciągnę do domu.
    Tak z ciekawości spytam, masz dzieci?

    1. Ja, dzieci? Skądże, mam 21 lat, do dzieci jeszcze huhu, dobrych parę lat ;) Ale mam 10-letnią siostrę, a dodatkowo sama wychowałam się w niezbyt miłych warunkach – jednak nie chcę o tym wspominać, to zbytnie wyciąganie prywaty, o której sama raczej chcę zapomnieć.
      Ja tutaj absolutnie nie mówię o bezstresowym wychowaniu, bo go nie uznaję. Nie neguję też krzyknięcia na dziecko czy pociągnięcie go, jeśli jest upartym osiołkiem. Zwracam tutaj uwagę na to, że bardzo często dziecku dzieje się psychiczna krzywda, kiedy rodzice usilnie pokazują, że dziecko jest im podległe, że mogą mówić o nim wszystko, co im się podoba. A to mocno niszczy psychikę i wiarę w siebie – wiem to po swoim przypadku, odbudowuję to od dobrych kilku lat, a i tak daleka droga przede mną.

  3. Co nie zmienia faktu że mały dzieciak jest nie świadomy i robi często na przekór. Bezstresowe wychowanie to najgorsze co może być, a takie coś później włazi na głowe. Więc nie da się tak bez rzadnego krzyknięcia czy szarpnięcia… Czasem po prostu trzeba wymóc określone zachowanie, a głaszcząc po główce nie liczyłbym na wiele.

    1. Nie no, jasne – bezstresowe wychowanie to dla mnie największa głupota ludzkości. Przytrzymać dzieciaka, jak chce wbiec na ruchliwą ulicę itp. – jasne, wręcz wskazane. Ale stosowanie przemocy, czy to fizycznej, czy psychicznej, jest dla mnie totalnie skreślone. Są inne sposoby perswazji, nie trzeba uciekać się do tak drastycznych :)

      1. Ciesze się że się ze mną zgadzasz ale ja bym tak nie generalizował i zależy od sytuacji bo cóż zrobić z dzieciakiem który będzie wyjątkowo nieposłuszny, będzie rozrabiał, niszczył i bił innych? Wszystko zależy od sytuacji tylko dorośli muszą wiedzieć kiedy i jak zastosować :)

        Gówniarz bije matke, to sam musi dostać też aby poczuł że to nie jest fajne i boli. Tylko wiadomo nie aby się wzbił w powietrze i 10 metrów dalej wylądował. Sam nie poczuje że to jest złe to innymi środkami perswazji ciężko by było mu to przetłumaczyć. Więc cóż z tym jest różnie, aczkolwiek nie można też terroryzować… ehh Ciężki temat sobie wybrałaś Sylwia.

        1. Bijąc dziecko by mu wmówić, że bić nie wolno, jest jak pierdolenie w imię cnoty. W ten sposób przekazujesz dziecku dwa odmienne komunikaty. Jeśli chcę wymusić coś na dziecku biciem, to ono w ten sam, sposób będzie próbowało wymusić na mnie, dlatego „gówniarz bije matkę”.
          Swoją drogą, nie wychylaj się z tą idiotyczną teorią, klapsy w Polsce (te delikatne też) są zabronione przez prawo.

          1. Szkoda że wcześniej nie popatrzyłem tutaj ponownie… To odpowiem pani językiem skoro przekleństwa pani tak lubi – ja nie mówie o napierdalaniu kogokolwiek – podnosi rękę na matke raz czy drugi to jak dostanie po tych łapach to załapie że nie można. Gratuluje dziecka skoro tak nie robi ale widziałem wiele takich do których nie docierało mówienie – było to jak grochem o ściane. Często dziecko jest bezmyślne i robi coś bo widziało gdzieś albo po prostu wydaje mu się że to jest fajne. Nie popadajmy w skrajności ja nie mówie tutaj o napierdalaniu tylko o czymś innym. Kiedy pani się nauczyła że nie wkłada się ręki do ognia? Jak ktoś powiedział czy jak poczuła że jest ciepło? Kiedy nauczyła się pani że na lodzie się wywali? Jak ktoś powiedział czy jak się pani wywaliła? Kiedy nauczyła się pani że stojąc w dymie oczy zacznął szczypać i łzawić? Jak ktoś powiedział czy jak postała pani chwile? Ta „moja idiotyczna teoria” akurat nie jest moja.

            Oczywiście że są zakazane, w końcu podążamy za światłym zachodem… Za pare lat będzie tak jak np w norwegii gdzie zdarzyło się już że zabrali dziecko rodzinie bo było jakieś smutne/przybite. Skrajności wszelkie są złe – skrajności, SKRAJNOŚCI. I skoro pani mi tak przypomina to nasze kochane prawo to przypominam że tak jak pani napisała w innym komentarzu „za reke i ciągnę do domu” – to jest przemoc, ciągnięcie kogoś siłą, czy jak ktoś panią kiedyś złapał za rękę i ciągnął na siłe to nie bolało? Bo np ja to czułem… cóż za hipokryzja z pani strony.

  4. Z wpisem ogólnie się zgadzam :) ale nie popadajmy też w skrajności – rodzic nie musi, a powinien kochać swoje dziecko bezwarunkowo :) wdzieczność dziecka też powinna wystąpić, szczególnie jak dostaje się od rodziców coś więcej niż tylko podstawowe dobra niezbędne do życia :)
    P.S. nie ma takiego zapisu w Konstytucji jak szacunek dziecka do rodziców :)

    1. Pierwsze do P.S. – naprawdę? Zawsze miałam wrażenie, że jest na pewno wspomniane coś o tym, w związku z obowiązkiem utrzymania dziecka (bodaj do 25 roku życia) jeśli się uczy – bądź co bądź, zapewnienia mu podstawowych dóbr.
      Co do konieczności miłości – z jednej strony to skrajność, ale z drugiej – jak można nie kochać bezwarunkowo de facto kawałka siebie? :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *