Dlaczego zaczęłam blogować pod własnym nazwiskiem?

blogować

Dzisiejszy tekst nie będzie ani o związkach, ani o motywacji, ani o modzie. Będzie o lajfstajlu. Ale o takim robionym całkowicie na poważnie, o lifestyle’u pełną gębą.

Zmieniłam adres bloga jakiś miesiąc temu. Wraz z nim pozmieniały się nazwy moich kanałów w mediach społecznościowych. Wszystko jest spójne i wygląda po prostu dobrze. Nazwa „Sylvieu” umarła śmiercią naturalną, bo przyszedł już jej czas.

Jak chcesz być dobrym blogerem to nie możesz stać w miejscu. Blog to nie jakieś tam kolejne hobby – to dla niektórych styl życia. Kilka godzin dziennie poświęcasz na pielęgnowanie go, na rozwijanie się, na zdobywanie wiedzy i utrzymywanie kontaktu z czytelnikami. To nie jest praca na etat – to praca 24 godziny na dobę. A ja poczułam, że nie poświęcam się temu w 100%, że nie idę do przodu w takim tempie, w jakim powinnam. Wiedziałam, że moją główną bolączką jest nazwa bloga, która była po prostu do dupy. Dlatego ją zmieniłam.

Z zamiarem tym nosiłam się dobre pół roku. Poczułam, że stara nazwa zaczyna mnie powoli przyduszać. Szczególnie, że cholernie głupio było mi za każdym jednym razem tłumaczyć komuś adres. Ba, zazwyczaj musiałam go przeliterowywać. Wstyd jak cholera, aż było mi głupio przyznawać się, że to ja sama tę nazwę wymyśliłam. No ale stało się, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

Kilka miesięcy temu stwierdziłam, że czas najwyższy coś z tym zrobić. Długo nic się nie działo, bo czekałam na moment natchnienia – myślałam, że idealna nazwa wpadnie mi do głowy w najmniej oczekiwanym momencie, że będzie wow, że w końcu będzie to COŚ. Rzecz jasna moje myślenie było głupie jak cholera, ale tutaj też już nie ma co się rozwodzić. Nadal nie miałam pomysłu, co zrobić z tą nieszczęsną Sylvieu i coraz bardziej denerwowało mnie, że wraz z rosnącymi statystykami i rozpoznawalnością bloga spotykam ludzi czytających go, i na powitanie mówiących: „Czytam twojego bloga, jest spoko! Tylko nigdy nie umiem zapamiętać nazwy” albo kiedy ktoś mnie przedstawiał: „Hej, to Sylwia, prowadzi bloga Syl… sylwi… Możesz powiedzieć adres swojego bloga?”

Boże, jedne z gorszych momentów w życiu. To tak, jakbyś miała nowego faceta, on przedstawia Cię rodzinie i jąka się, bo nie do końca pamięta, czy masz na imię Ala czy Aleksandra. Coś mu świta, ale jednak nie do końca.

Pewnego dnia mnie olśniło. Skoro i tak wszędzie przedstawiam się nazwiskiem, to czemu nie zrobić po prostu takiej domeny? Przecież to takie genialne. Nie dość, że masz duże prawdopodobieństwo, że z nikim Cię nie pomylą, wygląda to profesjonalnie, to jeszcze masz dobitne potwierdzenie, że to, co robisz, jest w stu procentach Twoje. Plan idealny. Tylko bałam się wcielić go w życie.

Pytałam kilkanaście osób, co o tym sądzą.

Były głosy, że ludzie znają Sylvieu i będzie ciężko im się przyzwyczaić do nowej nazwy.

Bzdura. Niecałe 14 tysięcy czytelników to nie problem, szczególnie, że nie są głupi. Ba, nawet jak byłoby ich 100 tysięcy, to nadal nie byłoby to problemem.

Były głosy, że pod publikowanie pod nazwiskiem jest spoko u facetów. No bo co będzie, jak wyjdę za mąż?

Nic nie będzie. Moje nazwisko panieńskie do końca życia zostanie takie samo.

Stracisz pozycjonowanie, a co z tymi wszystkimi linkami, które szerowali ludzie?

To już nie moja kwestia, najlepsza na świecie ekipa Zenboxa załatwiła sprawę z przekierowaniami w 10 minut.

Ok, wszystkie moje argumenty były mocniejsze. Postanowiłam, że w ciągu tygodnia kupuję nową domenę i pomogę trochę w uśmierceniu Sylvieu. A dosłownie 3 dni później przyszła do mnie książka Tomka Tomczyka i przeczytałam o publikowaniu pod własnym nazwiskiem. Stwierdziłam, że to nie może być przypadek i od razu napisałam do Zenboxa. Wszystko zostało ogarnięte w kilkadziesiąt minut.

I była to najlepsza moja decyzja od dłuższego czasu. Statystyki wcale nie spadają – ba, wręcz odwrotnie, z dnia na dzień jest coraz więcej czytelników. W końcu czuję, że to, co robię, jest w pełni moje i w pełni profesjonalne. To szczególnie ważne w kwestii współprac z reklamodawcami. Chcę być postrzegana jako osoba profesjonalna, a nie ktoś, kto nie do końca wie, do czego dąży. Jak zastanawiasz się nad rozpoczęciem publikowania pod własnym nazwiskiem – zrób to. Nigdy nie jest za późno na skok na dość głęboką wodę.

Zobacz inne:

13 komentarzy

  1. Nazwisko mało popularne i ciekawe, więc się nie czepiam. ;) Akurat w moim przypadku chodzi o zgromadzenie społeczności, która będzie mogła się identyfikować z moim blogiem. Że on będzie mój, ale będzie wyrażał głos tej, bardzo wąskiej społeczności. No i świetna nazwa na markę odzieżową :P

  2. Ile ja się nasłuchałam, że jak będę chciała wyjść za mąż, to muszę szukać faceta z nazwiskiem na S… :D Ty masz gorzej, musisz się ograniczać do Koladyńskich. Ciężka sprawa.

  3. Wymyślając nazwę rozważałam publikacje pod nazwiskiem, ale stwierdziłam, że posiadanie w nim polskich znaków to nie najlepszy pomysł na adres. Nazwę bloga traktuję jak nazwę firmy i staram się tak go wypromować. Z reszta od kiedy sobie to uświadomiłam traktuje też poważniej to co robię.

    1. U mnie też ta polska literka była jedną z głównych przyczyn niepewności, ale stwierdziłam, że jeśli pomysł już zakiełkował i czuję, że to właśnie to – stwierdziłam, że nie ma co się nią przejmować :D
      A poczucie tego, że robi się coś na poważnie, jest chyba najważniejsze – i tego się trzymajmy! :)

  4. Spoko. Nie ukrywam – wpisuję się w grupę osób, dla których poprawne wymówienie nazwy bloga graniczyło z cudem. Teraz? Koladyńska – spoko. Ciekawe nazwisko i łatwo wpada w ucho. Powodzenia na „nowej” drodze blogowania!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *